|
relacja z gran canaria |
|
Relacja z podbytu uczniów LO nr IV na Gran Canarii (Hiszpania)
01.05.2005, niedziela... 5.00 - (środek nocy!) pora wstać, ostatnie rzeczy wrzucone do walizki i... 6.00 wyjazd. Do Berlina jechaliśmy minibusem i choć pora była jeszcze wczesna to nikomu nie udało się już zmrużyć oka. Każdy próbował się czymś zająć: Patryk czytał "interesujące" artykuły w jakiejś kolorowej gazecie, Kasia, podobnie jak ja, zajęła się książką, z której przez całą podróż przeczytała chyba z jedną stronę, a Ewa próbowała uczyć się historii: - Andrzej, jak będziemy leżeli gdzieś na plaży zmuś mnie, żebym poczytała tą książkę, bo mam po powrocie sprawdzian! - Jasne Ewa (i nie nauczyła się nic) Każdy próbował się czymś zająć, ale nadaremnie, bo natłok myśli i podekscytowanie nie pozwoliło nam na skupienie się na innych sprawach. Jak będzie? Jakie będą rodziny? A jak źle trafię? Setki pytań sprowokowały dyskusję, która toczyła się już, aż do lotniska. Mimo małej nerwówki (kierowca nie wziął ze sobą mapy i trochę pobłądziliśmy), dotarliśmy do Berlina na czas ( przyznam się, że w myślach już trochę panikowałem, że nie zdążymy). Sam lot był pierwszą dużą atrakcją, zwłaszcza dla tych, którzy lecieli pierwszy raz (Kasia i ja). Wbrew pozorom najciekawsze były turbulencje (szkoda, że takie słabe), które co chwile sobie wmawiałem - "Andrzej, to nie są turbulencje!". Lot trwał około 5 godzin, a przez cały czas miłe stewardessy podawały jedzenie i napoje, natomiast co poniektórzy pasażerowie zachowywali się dość nietypowo (ale o tym może nie będę się rozpisywał). Lądowanie najbardziej przeżyłem ja z Ewą, inni nie mieli takich problemów z ciśnieniem, jak my. No, ale kto by wtedy myślał o uszach (ja), przyszedł czas poznać rodziny. Wyszliśmy z lotniska iii... i mały Angelo zaczął kopać moją torbę (Angelo był bratem Augustina, u którego mieszkałem). Po Ewę z kolei, przyjechała cała delegacja, chyba z 10 osób specjalnym busem. Kasia i Patryk trafili najlepiej, bo ich rodziny znały takie coś jak język angielski oraz jak się później okazało, bardzo zaangażowały się w dostarczenie im wrażeń na wyspie. Ewa porozumiewała się z Jennifer za pomocą programu komputerowego, a u mnie na szczęście Augustin potrafił mówić (zresztą później został żartobliwie ochrzczony przez Niemców "Dictionary"). Każdego zabrała rodzina, mieliśmy chwilę na rozpakowanie się i już po 2 godzinach widzieliśmy się z powrotem, na wieczorku zapoznawczym na plaży. Przyszli Niemcy (Dimi, Kamile, Stephanie, Pierr i Giovanni), my oraz cała masa Hiszpanów, dla których byliśmy tam niewątpliwie wielką atrakcją. Byliśmy atrakcją, ale chyba woleli "krzyczeć" między sobą, bo jakoś tego wieczoru bardziej zapoznaliśmy się z ekipą z Recklinghausen. Koło północy rozstaliśmy się i każdy wrócił do domów. Dzień był pełen wrażeń, aż za pełen, bo jak się później okazało, nikt z nas nie mógł spokojnie zasnąć...
02.05.2005, poniedziałek... 2 maj to w Hiszpanii święto pracy, a więc i dzień wolny od szkoły. Ha, ale nie ma tak dobrze. Trzeba było wstać o 7 rano, bo już o 8 spod szkoły wyjechaliśmy na wycieczkę po całej wyspie, a może raczej po jej centrum, czyli górach. Wyprawa trwała cały dzień, ale absolutnie nie można powiedzieć o niej "nudna". Niesamowite widoki, egzotyczna roślinność i urokliwe górskie miasteczka, no i wszystko... wszystko zupełnie inne niż u nas. Po południu zorganizowano około 2 godzinny piknik, kolejna okazja do pogłębienia znajomości oraz dla niektórych do... przejażdżki na ośle (wbrew pozorom trochę zamulającej, nie można było sobie pogalopować). Wieczorem znowu spotkanie na plaży, lecz już w trochę mniejszym gronie. Wieczorne spotkania na plaży przeszły do codziennego zwyczaju.
2-6.05.2005, wtorek piątek... Od wtorku do piątku dni wyglądały mniej więcej podobnie. Rano o 7.00 pobudka; 8.00 - 14.00 szkoła. No to może teraz trochę o szkole... Ponieważ Arinaga (miejscowość, w której mieszkaliśmy) była bardzo małym nadmorskim miasteczkiem, tak więc szkoła też miała małą. Codziennie odbywały się normalnie trzy pierwsze lekcje (55 minutowe, z 5 minutowymi przerwami), a następnie po długiej przerwie (półgodzinnej) miały miejsce warsztaty. Warsztaty były różne, począwszy od kręcenie warkoczyków, poprzez żonglowanie, taniec a skończywszy na malowaniu graffiti. Wszystko to z okazji tygodnia kulturalnego, na który mieliśmy okazję akurat trafić. O 14.00 kończyły się zajęcia i wracaliśmy na obiad. Jeżeli chodzi o moje posiłki to nie różniły się one specjalnie od naszych, polskich (ziemniaki, kotlety itp.), natomiast niektórym bardziej przybliżono miejscową kuchnię, podając np. kałamarnicę (podobno palce lizać!), specjalnie przygotowane ziemniaki w a'la zapiekankę oraz różne inne miejscowe specjały. Popołudnia na ogół spędzaliśmy na kamienistej plaży w Arinadze. Raz zorganizowaliśmy sobie wspólny wypad do Vessendario (sąsiedniej miejscowości), do centrum handlowego, w którym byliśmy na kręglach. W czwartek zorganizowano nam wycieczkę do stolicy Gran Canarii - Las Palmas oraz do miejscowości Agüimes, gdzie mieliśmy okazję zwiedzić Modern Museum i dom, w którym kiedyś mieszkał Krzysztof Kolmub. Dni mijały oczywiście bardzo szybko i nadszedł ostatni dzień - sobota.
07.05.2005, sobota... Sobota... to już ostatni dzień. Całą ekipą pojechaliśmy do Maspalomas, jedynej miejscowości na wyspie, gdzie jest ładna piaszczysta plaża, na której spędziliśmy cały dzień. Słońce prażyło niemiłosietnie (wieczorem jak wracaliśmy około 19.00 było 30 stopni!). Wieczorem pożegnalna impreza na plaży przy rytmach latynoskiej muzyki. No i nadszedł czas, po raz ostatni powiedzieć "Hola!". Ostatni raz powiedzieć na żywo, ale od tamtego czasu utrzymujemy ze sobą kontakt mailowy. Piszemy, wysyłamy zdjęcia, wspominamy... a jest co wspominać!
Andrzej Skorupa |